Wszystko oczywiście taniej niż w PL. Ale niestety nie tak bardzo tanio jak jeszcze rok temu (nad czym wszyscy boleją). Za kilo brzoskwiń płaciło się wtedy 2-4 somoni. Teraz znaleźć brzoskwinie za 6 somoni jest trudno. Jeśli ktoś mieszka w Duszanbe, nie ma daczy, zarabia 300 somoni (ok.62 dolarów jak moja koleżanka z pracy na stanowisku sekretarki) to może najwyżej na bazarze sobie brzoskwinie obejrzeć. Na szczęście są znajomi, krewni i rodzina na wsi i oni nie zostawią w biedzie.
Któż zawinił? Jak zawsze ci sami. Owoce wywożone są do Rosji a na rynku miejscowym są niedobory. Podobny los spotyka warzywa – ziemniaki na tadżyckim bazarze przejeżdżają coraz częściej z Chin (swoją drogą Chińczycy są już wszędzie, a w modzie jest język chiński i studia w Chinach).
Dziś akurat na bazarach radość, bo Uzbekistan znowu zamknął granicę z Tadżykistanem (przez Uzbekistan towary trafiają do Rosji oraz Kazachstanu) więc przedsiębiorcy zawrócili z towarem do miasta. I cena za pomidory od razu spadła do jednego somoni.
Jedzenie owoców tutaj rządzi się swoimi zasadami. Trzeba uważać, inaczej można się nieźle nacierpieć. Przykładowo – nie należy mieszać jedzenia owoców z piciem wody (ale z herbatą można). To wiem jeszcze z Polski, ale tutaj to przybiera rangę przykazania. Kiedy po kolacji jemy arbuza na wszelki wypadek woda jest ze stołu usuwana. Szczególnie ostrożnie trzeba się obchodzić z dynią oraz arbuzem. Po przejściach sprzed dwóch lat dyni jem wcale, została mi trauma do dziś.
Kolejna zasada – nie jedz owoców na pusty żołądek i nie mieszaj.
„Co jadłaś?” pyta dziś w nocy Nudira gotując mi fioletowy wywar. Kiedy tabletki z Polski nie zadziałały, poddałam się i zgodziłam na kurację tadżycką. „Gruszkę i arbuza? Chudżandzką gruszkę?? Na pusty żołądek??? No tak….”. Wypiłam fioletowy napój (nie dogadałyśmy się wreszcie co to było), potem zjadłam czerwoną tabletkę (made in China a jakże) na koniec herbatę do obrzydu osłodzoną. I cały dzień na sucharach i czarnej, słodkiej herbacie. Lepiej. Mam tylko nadzieję, że trauma po gruszkach i arbuzie mi nie zostanie.
Podsumowując – nawet z owocami trzeba się pilnować. A przynajmniej ci, którzy mają tak delikatny i szlachetny żołądek jak mój powinni:)
To jak z winem będzie?
Świetny pomysł na ten owocowy post Gormek. A jak to jest z tym winem. Nie kłóci im się to z islamem?
OdpowiedzUsuń na zawszeKubas na pewno jakiś przepis na wino znajdzie ale teraz jest trochę w rozjazdach. Ja mogę popytać mojego dziadka czy nie ma jakiegoś sekretnego przepisu na dobre winko;-)
OdpowiedzUsuń na zawszeHmm... z tego co zauważyłam pokoleniu Alika (wychowanym w ZSRR) nie kłóci się alkohol z religią. Ale jego synom już tak. To jest chyba pomysł na kolejnego posta:)
OdpowiedzUsuń na zawszeMichał: będę wdzięczna za przepis nieskomplikowany, dla początkujących, gdzie nie trzeba zaawansowanej aparatury poza słojem:)
jakoś skojarzyło mi się to z opowieścią o gołąbkach u pewnej cioci :D
OdpowiedzUsuń na zawszeHaha, rzeczywiście, nieźle się uśmiałam:))) tej akcji do końca życia Memko, Ewa i ja nie zapomnimy:)
OdpowiedzUsuń na zawszeTeż bym się napił takiego winka. Przywoź przepisy ze sobą to będziemy pędzić...
OdpowiedzUsuń na zawsze