Warszawa

Duszanbe

Biszkek

piątek, 10 czerwca 2011

Sonety Krymskie IV – Symferopol i zachód Krymu

Symferopol, czyli stolicę Autonomicznej Republiki Krymu będziemy kojarzyli głównie z wielkim bazarem o nazwie Centralnyj Rynok. Dwie osoby z naszej ekipy wylatywały do Kijowa, nadarzyła się zatem okazja do zakupu chałwy, piałek (filiżanek), herbaty, baklawy, suszonych ryb, krewetek itp. Symferopol jest na pewno interesującym miastem, w okolicach odnaleziono ruiny antycznych miast, jest wiele muzeów. Są prawosławne sobory, tatarskie meczety, karaimskie kenesy i nawet synagoga. Ale po zwiedzeniu tylu miast chcieliśmy tylko jednego – słońca i morza. Wykazaliśmy się więc kompletną ignorancją i po porannym odstawieniu dwóch osób na lotnisko poszliśmy na szybkie zakupy przed wyjazdem na zachód Krymu, na klify, gdzie podobno jest najwięcej słonecznych dni w roku na całym Krymie.

Bazary w krajach dawnego ZSRR są w dużej mierze do siebie podobne: handlują Tatarzy, Rosjanie, Tadżycy, Gruzini... Mieszanka ludzi, barw, zapachów. Obok towarów charakterystycznych dla danego regionu jak (w przypadku Krymu) ryby i owoce morza, przyprawy (domena Tatarów), przetwory z owoców, kupić można chińskie towary udające regionalne – na przykład wspomniane piałki. Szczytem absurdu są filiżanki, stylizowane np. na tadżyckie (z charakterystycznym wzorem bawełny), wyprodukowane w Chinach, ale z napisem od spodu „Made In Czechoslovakia”! W pamięci wielu ludzi zostało, że jak porcelana, dziecięce buty, czekolada albo leki to najlepsze z Polski albo Czechosłowacji (tu jest pole dla polskiego i czechosłowackiego biznesu, ale niestety Chińczycy byli szybsi).

Klify na Półwyspie Tarchankut to zupełnie inny Krym, rzadziej opisywany w przewodnikach. Prawdę powiedział przewodnik, że słońca jest więcej na zachodzie, bo wreszcie wyszło zza chmur. Ale przewodnik nie mówił, że tak wieje! Dzięki temu zachodnia część Krymu rzadziej odwiedzana jest przez turystów leżakujących na plaży (bo klify i plaże wąskie i wieje) za to jest mekką windsurfingowców, kitesurfingowców i nurków. Na początku maja, chociaż było jeszcze chłodno, sezon powoli się rozkręcał i pierwsze żagle już pływały po morzu i zatoce. Dla zainteresowanych: to doskonałe miejsce na zrobienie kursów za całkiem dobrą cenę.

Dotarliśmy do miejscowości Olenivka, położonej nad płytkim jeziorem Liman nad Morzem Czarnym. Jezioro Liman ma trochę piaskowej plaży, latem jest zapewne ciepłe jak zupa, a nawet czytałam że wysycha. I co bardzo dla nas atrakcyjne (szczególnie dla dziewczyn) na plaży pełno jest wielkich muszli i bardzo ładnych kamieni, których trochę zebraliśmy (potem muszle przysporzyły nam nieco kłopotu, bynajmniej nie dlatego że śmierdziały…).

Na północ i południe od wioski rozciągają się stepy, które opadają stromo do morza. Na południe od Olenivki rozciąga się rezerwat Mały i Wielki Atliesz z latarnią morską i bazą dla nurków, na północ rezerwat Dżungul z charakterystycznym wrakiem statku Santa Katarina. Wrażenie robi i jedno i drugie miejsce: woda jest czysta, klify wysokie i bardzo malownicze. Szczególnie ciekawy jest rezerwat Dżungul. W pierwszej połowie XX wieku (chyba w latach 30.) brzeg o długości 700 metrów i szerokości do 35 metrów runął do morza. Było to wynikiem warstwowej budowy klifu, zbudowanej na przemian z miękkich i twardych skał i podmyciu tych pierwszych. Huk słychać było podobno daleko. Do tej pory w terenie widoczny jest głęboki rów, twardsze partie brzegu w postaci ostańców wystają z morza. Dobrze widać to w Google Maps. Widać również wrak statku Santa Katarina, który utknął przy brzegu chyba dobrych kilkanaście lat temu i rdzewieje niszczony przez fale.

Duże wrażenie zrobił też na nas sam step. Przyjechaliśmy kiedy kwitł, po horyzont było zatem zielono. I pachniało jak w lesie. To rośliny stepowe wydzielają olejki eteryczne. Podobno najbardziej intensywnie step pachnie tuż przed kwitnieniem i w trakcie, także trafiliśmy w dobry czas. Znaleźliśmy nawet rukolę, która rosła całymi połaciami. Była bardzo pikantna, smakowała o wiele lepiej niż importowana z Włoch. Piękną scenerię dopełniały pasące się stada koni. Oczywiście świeciło słońce, było wreszcie ciepło (zapraszam do galerii). Tyle wrażeń na raz to za dużo, leżeliśmy na klifach,zrobiło się błogo i zasnęliśmy na chwil parę przed wyjazdem z Krymu.

Jak się okazało - dobrze, że ucięliśmy sobie drzemkę, było przed czym odpoczywać.

Postanowiliśmy wracać do Polski bez przerwy na nocleg. Wyjechaliśmy ok. 17.00 z Półwyspu Tarchankut i na granicy ukraińsko – polskiej w Dorohusku byliśmy już w południe następnego dnia. Kierowcy nawet nie zmęczeni, my też w dobrych humorach, droga całkiem dobra (choć w remontach), pełen sukces! Jak się okazało – radość przedwczesna. Zaczął się najbardziej niemiły, wredny, nudny, wkurzający odcinek podróży, połączony z łapówką, której nie daliśmy ani razu w całej Ukrainie (przynajmniej pasażerowie jednego samochodu).

Granica ukraińska przywitała nas bardzo długą kolejką. Kolejkowicze stojący przed nami debatowali czy będziemy stali 10 czy 20 godzin. Tu pierwszy szok – że jak to 10 godzin? Przyszedł Pan w mundurze co zbierał po dwie hrywny od pasażera za opłatę klimatyczną czy coś tam. Pytam go błagalnym wzrokiem – „ile będziemy tu stać?”. Na co on z uśmiechem –„może nawet do poniedziałku”. A jest sobotnie południe… Da się szybciej? Jasne, że się da. Od tego pan w mundurze ma pomagiera w dresach. Dzięki temu żadne lewe pieniądze nawet nie dotykają jego rąk. Pomagier dał nam permit - małą karteczkę z pieczątką pitbula, którą daliśmy wskazanemu celnikowi. W ten sposób granicę ukraińską przekroczyliśmy w godzinę. Utknęliśmy za to na Bugu, w kolejce do polskiej granicy. Przez szlaban przepuszczano kilka samochodów na godzinę. Nie wiem, może Polacy te ukraińskie samochody rozbierają co do śrubki, robią rewizje osobiste. Zapytałam grzecznie polskiego strażnika czemu stoimy tak długo. „Pani zadzwoni do naczelnika z pytaniem dlaczego. Numer na stronie internetowej”. Schengen wita.

Kiedy już dojechaliśmy do tego upragnionego okienka Pani zabrała dokumenty i zniknęła na pół godziny. Może na kawę poszła alboco. Druga pani szukała w brudnych skarpetach kontrabandy. No i znalazła. Te nieszczęsne muszle, których można przewieźć 5 sztuk na głowę. Ponadto maksymalnie można przewieźć 16 litrów piwa na głowę i dwie paczki papierosów. Warto to pamiętać i przeczytać dla pewności wielki szyld przy wjeździe na Ukrainę, gdzie było napisane co i ile można potem wywieźć z Ukrainy. Pewnie o muszlach też było napisane, ale drobnym maczkiem.

Nie pyskowaliśmy za bardzo. Niczego nie musieliśmy niczego zostawić. Tylko Adam na pytanie celnika skąd wracamy warknął „z Ukrainy”. Chociaż było śmiesznie przez chwilę.

Pisząc tego posta znalazłam jedną interesującą informację. Że niby parę dni po naszym przekroczeniu granicy Jagodzin-Dorohusk otwarto tzw. „zielony korytarz” dla turystów (www.dziennikwschodni.pl). Może zatem będzie lepiej. Trzymajmy kciuki za służbę celną i życzmy im powodzenia na Euro 2012.

To ostatni wpis o Krymie. Jaki region jest wspaniały, interesujący, różnorodny, bogaty w historię i kulturę wyraziłam w tych czterech postach i zdjęciach (mam nadzieję). Podziękować zostaje 11-osobowej ekipie, która nadała wyjazdowi unikalny charakter:)

Czas powrócić do Azji Środkowej i pisać wreszcie na temat. Bo Tadżykistan wita od lipca. Może wcześniej pojawią się jeszcze wpisy o Gruzji jak mię weźmie natchnienie. Pasmotrim:)

Ściskam serdecznie wszystkich i każdego z osobna.

0 komentarze:

Prześlij komentarz