wtorek, 7 października 2014

Co ja tam w ogóle robię

O części mojej działalności w tymże pięknym kraju przeczytacie w poniższym artykule.
Ps. dywany ładne, tadżyckie, kolorowe sprzedam tanio i w słusznej sprawie:) Zdjęcia poniżej.

Pracownia dywanów, handel z Afganistanem, rolnictwo…. Polskie mikropożyczki wyrywają Tadżyków z biedy

Od 2012 roku Fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej wraz z lokalną organizacją Chashma („Źródło”), dzięki współfinansowaniu programu polska pomoc MSZ RP, wspiera przedsiębiorcze kobiety z rejonów Szartuz i Kabodian położonych na południowym krańcu Tadżykistanu przy granicy uzbeckiej i afgańskiej. To jeden z najuboższych obszarów kraju (a tym samym jeden z najbiedniejszych regionów dawnego ZSRR), doświadczony przez krwawą wojnę domową w latach 1992-1997, a dziś cierpiący na wysokie bezrobocie oraz ogromne migracje mężczyzn do Rosji. Efektem migracji są m.in. opustoszałe wioski, zamieszkiwane prawie wyłącznie przez kobiety, dzieci i starców oraz …podwójne życie wielu migrantów, którzy zakładają drugie rodziny w Rosji. 

Uczestniczkami projektu są mieszkanki rejonu, których mężowie długotrwale przebywają w Rosji i nie przesyłają środków na utrzymanie swojej rodziny, kobiety rozwiedzione, wdowy, młode dziewczęta pracujące na polach bawełny, samotne matki, bądź kobiety będące głównymi żywicielkami swoich rodzin oraz ubogie rodziny, które w okresie wojny domowej uciekły do sąsiedniego Afganistanu, a na teren kraju powróciły po kilku latach.

W ramach projektu uczestniczki wspierane są finansowo nieoprocentowanymi pożyczkami (w wysokości średnio 300$/osobę) oraz merytorycznie poprzez profesjonalne doradztwo, szkolenia, np. kursy tkania dywanów, doboru wełny oraz naturalnych barwników do dywanów, krawieckie, szkolenia weterynaryjne, dotyczące upraw, przechowywania i suszenia warzyw i owoców, porady dotyczące przetwórstwa mleka i mięsa. Nie brakuje także zajęć psychologicznych oraz podatkowych i marketingowych (prowadzonych wspólnie z lokalnymi urzędami podatkowymi), a także wizyt studyjnych w innych regionach kraju.

Najczęściej do projektu zapraszane są kobiety będące w najtrudniejszej sytuacji finansowej (co często wiąże się ze złą kondycją psychiczną), które nie posiadają stałych źródeł dochodu, i które nie są nawet klientkami dla niekomercyjnych mikrobanków działających w regionie. W ramach wspólnych działań PCPM i Chashmy rozpoczynają bardzo proste działalności: uprawę warzyw i owoców, ich przetwórstwo i sprzedaż, hodowlę i handel zwierzętami hodowlanymi (najczęściej baranami), zakup krów i sprzedaż mleka i przetworów, zakup kur i sprzedaż jaj, zakup przędzy i tkanie dywanów, działalność krawiecką, pieczenie chleba i sprzedaż.

Marifat, matka czwórki dziewczynek, od 2012 roku z powodzeniem prowadzi małą piekarnię. W tym roku jej mąż, zachęcony sukcesami żony, wrócił z wieloletniej emigracji z Rosji i pracują wspólnie. 


Wdowa Salima, lokalna mistrzyni w tkaniu dywanów prowadzi pracownię, założoną w ramach projektu skupiającą 15 uczestniczek kształcących się w tej umiejętności. Popyt na tradycyjne dywany na lokalnym rynku rośnie. Zadaniem pracowni jest także utrzymanie dziedzictwa kulturowego lokalnych Tadżyków, znanych z ręcznego tkania pięknych wzorów. 



Zarina, utrzymująca niepełnosprawną córkę i męża, prowadzi pracownię krawiecką (także założoną w ramach projektu, zatrudniającą młode dziewczęta). Pracownia, znana obecnie także poza Szartuzem, słynie z produkcji zasłon oraz ubrań męskich, noszonych przez konserwatywnych, starszych Tadżyków. 


Mahrifat, wdowa i matka, wraz z innymi kobietami ze wsi dzierżawi kilka hektarów pól i sadów – w tym roku kobiety przygotowują dużą dostawę suszonych moreli na rynek afgański. Wiosną tego roku Mahrifat otrzymała nagrodę „Kobieta – włodarz ziemi”, a obecnie przebywa w USA w ramach wizyty studyjnej (wywiad z nią znajduje się na stronie http://pcpm.org.pl/news/79/61/Wsparcie-kobiet-przedsiebiorcow-sektora-rolnego). 


Sukces Mahrifat nie były możliwy bez wyrwania się z błędnego „bawełnianego” koła, czyli kupowania na wysoki kredyt nasion bawełny jako „pewnej” uprawy, skupowanej przez przedsiębiorstwa państwowe. Dzięki dodatkowym, projektowym środkom Mahrifat mogła zrezygnować z części upraw bawełny na rzecz warzyw i sadu. To tylko niektóre z historii uczestniczek działań polsko-tadżyckiej współpracy. W tym roku projekt objął już 200 osób! Warto wspomnieć, że w 2013 roku projekt odwiedziła Pani Minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, przebywająca w Tadżykistanie z wizytą.

Mikropożyczki są narzędziem edukacji finansowej, uczą gospodarowania budżetem (nawet bardzo skromnym), odpowiedzialności, brania sprawy we własne ręce. Spłaty tych finansowych zobowiązań rozkładane są, zgodnie z wolą uczestniczek, nawet na rok. W tym czasie kobiety zobligowane są do brania udziału w szkoleniach, spotkaniach z doradcami, doskonalenia swoich przedsięwzięć. Organizatorzy projektu mają świadomości i godzą się z faktem, iż dane pieniądze mogą nie powrócić – kobietom nie grożą kary czy podanie do sądu. Projekt opiera się na wzajemnym zaufaniu i wsparciu między uczestniczkami. O sukcesie takiego systemu pomocy świadczy fakt, iż kobiety w całości spłaciły mikropożyczki zaciągnięte w 2012 roku, a obecnie spłacają zobowiązania zaciągnięte w 2013 roku. O ile w 2012 roku kobiety bały się wzięcia w kredyt 100$ (z ratami rozłożonymi na rok!) obecnie wnioskują o kwoty kilkukrotnie wyższe. Pieniądze, które zwracane są przez pożyczkobiorczynie trafiają do powtórnego obiegu wśród uczestników projektu, także w nieoprocentowanej formie. Oznacza to, że prężne przedsiębiorczynie mogą liczyć na drugą pożyczkę w danym roku, po spłaceniu pierwszej. Wśród kobiet, które dołączyły do projektu w 2012 roku (to znaczy, że w tym roku otrzymały już trzecią lub nawet czwartą mikropożyczkę) widoczne są bardzo pozytywne przemiany, chociażby w ich domach i obejściach. Wiele rodzin wydźwignęło się z przerażającej biedy, a same kobiety przeszły metamorfozy – są bardziej pewne siebie, znają swoje prawa, mają więcej siły. Organizatorzy liczą, że uczestniczki kolejnych edycji projektu właśnie taką drogę rozpoczynają.

Tegoroczną edycję projektu zakończy uroczyste spotkanie wszystkich przedsiębiorczyń, które odbędzie się na początku listopada. Jak zawsze spotkaniu towarzyszyć będzie „okrągły stół” oraz wystawa produktów, które będzie można zakupić. Nie zabraknie mediów (w zeszłym roku transmisja ze spotkania relacjonowana była na żywo w ogólnokrajowym radiu) oraz organizacji zrzeszających małych przedsiębiorców, rzemieślników i rolników. Dla kobiet, które do projektu dołączyły w 2014 roku, takie zaproszenie to niezwykłe wyróżnienie i powód do dumy.

Projekt „Inicjowanie i wspieranie kobiecych mikroprzedsiębiorstw w rejonach Szartuz i Kabodian w południowym Tadżykistanie” jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w 2014 roku.

sobota, 26 kwietnia 2014

Pierwszy hostel w Duszanbe!

Szanowni, stało się! 

Duszanbe dorobiło się pierwszego hostelu z prawdziwego zdarzenia, z dobrą ceną!

Do tej pory podróżnicy mieli do wyboru całą masę miejsc noclegowych, np. w hotelu Hyatt, Serena, Tajikistan. Jest też middle class gesthousów, z minimalną ceną od 70$ dolarów za noc. W okolicach tychże przybytków (często kapiących złotem) nie widywałam jednak turystów z plecakami czy alpinistów (czyżby nie stać ich było na Serenę za jedyne 230$ za noc?) No i jest też najniższa klasa hoteli poradzieckich (ok. 20$ za miejsce w pokoju dwuosobowym), ale stamtąd można wyjść z pchłami w śpiworze. Dlatego co drugi mail, który dostawałam zaczynał się od słów "gdzie spać w tym mieście???" I wtedy ruszała machina informacyjna wśród znajomych tadżyckich rodzin, które chętnie zapraszały Polaków pod swój dach.

Wreszcie ktoś zorientował, że obecny rynek duszanbińskich hoteli nie spełnia oczekiwań sporej grupy turystów i alpinistów. I tak oto powstał Yeti Hostel! - www.yetihostel.com. Ceny hostelowe, za dodatkową opłatą zgarniają z lotniska, język angielski. Obsługa miła, miałam okazję z nimi mailować - polecam!



Pozdrawiam!

wtorek, 8 października 2013

Tadżycki atłas z chińskich butelek

„Skandal i hańba! I robią "to" ponoć z plastikowych butelek!” – tak rok temu moja gospodyni z Duszanbe skomentowała pojawienie się na bazarach podróbek słynnej, tradycyjnej tkaniny noszonej przez Tadżyckie i Uzbeckie elegantki. Ona akurat może coś o atłasie powiedzieć – od kilku lat na największym bazarze w kraju handluje materiałami.

Atłas od wieków tkany był w Azji Centralnej, głównie na terenie dzisiejszego Tadżykistanu i Uzbekistanu. Najszlachetniejszy atłas tkany jest z jedwabiu, który produkują i Tadżycy i Uzbecy. Mieszanka jedwabiu i bawełny nosi nazwę „adras” i według mnie jest to wygodniejszy materiał.

Pani na bazarze kupuje atłas. Zdjęcie z www.dw.de

Wzory obu tkanin przyprawiają o zawrót głowy – są bardzo wzorzyste, kolorowe. Mają także swoje nazwy np. „brwi prezydenta”. Sukienki z atlasu i adrasu noszone są głównie na święta, zakładane są na uroczystości, ale także na co dzień nie brakuje ich na ulicach. Materiały te wykorzystywane są przez różnych dizajnerów, jako np. obicia na meble. Ponadto co roku na północy Tadżykistanu w mieście Chudżand odbywa się festiwal „Tadżycki atlas”. Jak mówią organizatorzy festiwalu, tadżyckiego atłasu jest coraz mniej: jest coraz mniej ludzi znających to rzemiosło, coraz mniej pracowni. Właściwie mało kogo chyba ta kwestia interesuje. Wkrótce tadżyckiego atłasu wcale nie będzie. Za to sąsiedni Uzbecy radzą sobie świetnie i swoje tkaniny sprzedają Tadżykom.

Na rynku atłasów i adrasów pojawił się jednak konkurent i to nie byle jaki – Chiny. I to ponoć oni z plastikowych, topionych butelek robią „poddełki” (czyli podróbki) tych tkanin. W sieci znalazłam jednak informację, że nie z butelek, tylko z wiskozy. Rok temu pomyślałam sobie, że to jakaś bzdura, przecież nikt tego nie będzie kupował. W tym roku na którymś z podrzędnych bazarów przeżyłam jednak niemały szok – cały zalany był tym chińskim wyrobem. 

Tak oto chiński atlas jest sprzedawany. Prosto z bruku

Naprawdę ktoś w tych Chinach się stara – wzory są identyczne, jak oryginały! Chińskiego „atłasu” jest mnóstwo i jest co najmniej o połowę tańszy od oryginalnych, uzbeckich czy tadżyckich materiałów! Dotykiem można jednak szybko zidentyfikować podróbkę. „Tak, teraz wszystkie stać na atlas. Całe miasto podczas święta chodzi w atlasie” – złościła się inna moja znajoma, zagadnięta o tę kwestię. Potwierdziła, że jest niezły popyt na chińskie materiały.

Ale to nie koniec. Na tym bazarze najgorsze było przede mną. Okazało się, że wraz z chińskim atłasem do kraju dotarła także podróbka tradycyjnej czarnej, ręcznie wyszywanej tiubitejki (czapki noszonej przez panów). Taka czapka normalnie kosztuje 40 somoni. Podróbka kosztuje …10 somoni (7 PLN). Chińczykom nie chce się wzoru wyszywać, więc go naklejają. Nawet dziś jednego pana we wsi na południu kraju w takiej podrobionej czapce widziałam.

Po lewej wersja chińska, po prawie - oryginalna

Jak Chińczycy zaczną podrabiać pamirskie skarpetki i kolczyki to całkiem zbojkotuję tadżyckie bazary. Już teraz chyba z 98% wszystkich produktów jest z Chin, ewentualnie Indii czy Pakistanu. Także leki, a nawet soczewki do oczu!

To tak, jakby nagle do Polski zaczęły spływać chińskie stroje łowickie czy kurpiowskie. Zresztą, skoro nad polskim morzem można kupić plastikowe foczki z Chin, a w górach ciupagi także stamtąd, to może wycinaki łowickie także są kwestią czasu? Oby nie...Wtedy chyba sama pójdę na barykady i nauczę się wreszcie szyć.

Uściski z ciepłego Tadżykistanu!

czwartek, 27 czerwca 2013

Nastia – polska Litwinka w Tadżykistanie

Nauczyłam moich psów jeść kapustę, wie pani? – mówi całkiem niezłą polszczyzną Nastia, moja serdeczna koleżanka, mieszkająca w Tadżykistanie. Koleżanka to może dziwne słowo, jeśli chodzi o relację z osobą o rok starszą od mojej babci, ale chyba to najwłaściwsze określenie.

Siedemdziesięcioczteroletnia Nastia prowadzi bardzo aktywne i zdrowe życie. Figury i wyglądu może jej pozazdrościć wiele młodszych kobiet. Pływa, gimnastykuje się. Czy aby nie przytyłam? - pyta kiedy spotykamy się czasem po kilku miesiącach mojej nieobecności w Tadżykistanie. Nastia trzy razy w roku stosuje dziewięciodniowe głodówki, kiedy pije tylko wodę. Zresztą bardzo mało je, mięsa prawie w ogóle. A ponieważ ma dwa psy i ze trzy koty, uważa, że one też powinny się zdrowo odżywiać.

Z Nastią znam się od 2009 roku. Historia jej życia jest niezwykła, a raczej niezwykle tragiczna. Często proszę ją o opowieści, próbuję je spisywać. Do tej pory Nastia nie zgadzała się, by w ogóle cokolwiek o niej pisać – za żadne skarby nie chce, żeby rodzina z Litwy ją odnalazła. Podczas ostatniego spotkania nad pizzą (wegetariańską oczywiście) nastąpił przełom, aczkolwiek i tak musi to być historia bardzo okrojona.

Nastia urodziła się na Litwie, niedaleko polskiej granicy, w szlacheckiej, wykształconej rodzinie. W dzieciństwie pobierała naukę gry na fortepianie. Jej babcia ze strony mamy była Polką. To dzięki niej Nastia zna język polski. Z Uniwersytetu Wileńskiego wyniosła dyplom magistra anglistyki. Zna także gruziński, bo tam spędziła parę lat. Perfekcyjnie posługuje się rosyjskim jako lingua franca dawnego ZSRR. Ponieważ od 25 lat nieprzerwanie mieszka w Tadżykistanie, na co dzień mówi po tadżycku. Ale naturalnie, pamięta również litewski. Kiedy zapytałam ją kim się czuje: Litwinką, Rosjanką, Tadżyczką, po chwili namysłu odpowiedziała, że najbliżej jej do ...Polki. Bo z polskim językiem i kulturą ma stanowczo najpiękniejsze wspomnienia z młodości. Może dlatego też kiedy zaczynamy rozmawiać po polsku bardzo się wzrusza, wsłuchuje się w to jak mówię i pyta o wyrażenia, których podczas jej młodych lat nie używano. A ja słuchając jej mowy z charakterystycznym akcentem i staromodnym słownictwem również przenoszę się na powojenne polsko-litewskie pogranicze.

Nastia jest katoliczką, w każdą niedzielę odwiedza kościół, ale nieobce jej jest obchodzenie islamskich świąt – w czasie Ramadanu, kiedy sąsiedzi przez 30 dni trzymają ścisły post od wschodu do zachodu słońca, ona także pości. Kiedy Ramadan się kończy i wszyscy z tej okazji obdarowują dzieci, ona gotuje jajka i również rozdaje dzieciom (bo słodycze są niezdrowe, jajka lepsze).

Po zakończeniu uniwersytetu Nastia rozpoczęła pracę nauczycielki języka angielskiego. Wszystko byłoby pewnie wspaniale, Nastia dalej mieszkałaby w swoim rodzinnym domu z pięknym ogrodem (istniejącym do dziś, znalazłam go nawet na google street view) albo wyszła za mąż za jednego z licznych litewskich absztyfikantów, gdyby nie jedno „ale”… Nauczycielka musiała podpisać jeden kwit podstawiony przez KGB. Kwit mówił, że Nastia wyrzeka się swojej wiary, a w zamian staje się żarliwą wyznawczynią tzw. gosateizmu opierającego się na ideologii marksistowsko-leninowskiej. Sami przyznacie, kusząca propozycja, ale odmówiła. A odmowa podpisania kwitu oznaczała brak zgody na pracę.

Nastia rozpoczęła swoją odyseję. Ponieważ zakazano jej pracy na Litwie, wyjechała do Gruzji. Tam nauczywszy się gruzińskiego, tłumaczyła przez kilka lat książki. Tam także znalazło ją KGB, znowu z tym samym kwitem. Odmówiła, uciekła dalej. Tym razem do Kazachstanu, gdzie spędziła tylko kilka miesięcy. Powód: ten sam. Kilka lat spędziła ponownie na Litwie, na garnuszku u rodziców. W dniu kiedy przyjechała do Uzbekistanu przechodzący obok obcy mężczyzna szepnął jej do ucha: wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Rzeczywiście, tego dnia Nastia obchodziła urodziny. Wtedy z rozpaczą zrozumiała, że nigdy nie dadzą jej pracować. Ponieważ nie miała pracy, nie miała się gdzie zameldować. A bez zameldowania nie miała prawa istnieć. Nie mogła zatrzymać się w hotelu, nawet robotniczym. Aby nocą nie zamarznąć, kupowała bilet na pociąg i jeździła od miasta do miasta. Stała się BOMŻem, czyli człowiekiem bez opredelennowo mesta żitelstwa. Po polsku -  bezdomną. Rodzina nie rozumiała, czemu Nastia nie chce podpisać tego przeklętego kwitu, uznali ją za wariatkę. Więc ona zerwała z nimi kontakt.

Po kilku latach bezdomnego życia w Uzbekistanie, wybrała Tadżykistan. Jak mówi, dalej już nie mogła uciec, to już przecież sam skraj sojuza, dalej już tylko Afganistan. Ale tam panowie z kwitem też się pojawili, nie podpisała, nie mogła uczyć. Potem łaskawie pozwolono jej pracować w zakładzie tekstylnym, i dopiero pod koniec lat 80. otrzymała pozwolenie na pracę nauczycielki języka rosyjskiego na głębokiej prowincji Tadżykistanu w wysokich, pięknych górach. Wtedy dopiero poczuła się szczęśliwa: czy pani rozumie, jak dobrze smakuje chleb, na który samemu się zarabia?

Nie miała wtedy pojęcia, że najlepsze przed nią – Sojuz zaczął się sypać, aż wreszcie nadejszła wiekopomna chwila - 9 września 1991 roku. Tego dnia Tadżykistan ogłosił niepodległość. Panowie z papierami zniknęli, a Nastia wreszcie mogła uczyć języka angielskiego, także prywatnie. Ponieważ pensja nauczycielki w szkole przynosiła niewielkie pieniądze, zwolniła się i rzuciła w wir prywatnych korepetycji. Dziś w wieku 74 lat ma nawet 40 (słownie: czterdziestu!) uczniów tygodniowo i ciągle propozycje nowych zajęć. Haruje, jakby wciąż nie mogła nacieszyć się tą pracą. Ponadto jest w tym naprawdę dobra. Już na początku lat 90. za nauczanie angielskiego udało jej się kupić domek z ogrodem w Duszanbe. Dom nie posiada bieżącej wody, brakuje toalety i właściwie wymaga generalnego remontu,  ale Nastia jest bardzo szczęśliwa i ogromnie docenia przemiany ostatnich 22 lat. Szczególnie to, że nikt nie wtrąca się do jej wiary i jej za to nie prześladuje. Nigdy nie wyszła za mąż, nie ma dzieci, z Litwą zerwała kontakt. Przyznaje, że jest samotna, ale czas wypełnia jej praca, domowe zwierzaki i kościół.

Czemu pani nie je? Może nie smakuje? Może zamówimy chleba? – Nastia, podobnie jak moja babcia, w ten sposób wyraża swoją sympatię i troskę o mnie. Wpycha we mnie jedzenie. Chce domawiać chleb do pizzy, a nawet ...kawy:) Spotykamy się w najlepszej (i najdroższej) kawiarni w mieście, gdzie mówi się głównie po angielsku. Nastia ubiera się tak skromnie, że pewnie na wejściu zatrzymałby ją kelner, gdyby była sama. Wiekowe ubrania, siwiutkie włosy, torby z książkami i …wiadro z kwiatkami. Wygląda wtedy jak handlarka kwiatów, zresztą sprzedaje je w drodze do uczniów. Rano wsiada w autobus, który wlecze się godzinę do centrum, więc w drodze proponuje pasażerom kwiaty ze swojego ogrodu.

Oczywiście nie pozwala mi dołożyć się do rachunku. Lubię patrzeć na minę kelnerów i innych klientów, kiedy Nastia wyciąga portfel z plikiem tadżyckich somoni i wylicza pieniądze za kawę. Tradycyjnie nieco się szarpiemy i próbuję część rachunku zapłacić, ale Nastia wtedy pokazuje zawartość portfela i z dumą i radością pyta: to od uczniów za dzisiejsze lekcje. Dużo zarobiłam? Wychodzimy z knajpy odprowadzane przez kelnera z szacunkiem, tak jak traktowani są pozostali klienci.

Dopiero po czterech latach Nastia pokazała mi swoje zdjęcia z młodości. Była bardzo ładna, nie dziwię się, że miała wiele propozycji ożenku. Podczas jej opowieści oczami wyobraźni widzę tę młodą, zdeterminowaną kobietę uciekającą po całym dawnym ZSRR - koszmarnej planecie, której ja zupełnie przecież nie znam i czasem mam wrażenie, że to tylko jakaś straszna legenda, że tak nie mogło być. Czasem ją pytam, czemu nie zgodziła się na podpisanie dokumentów podsuwanych przez KGB. Przecież wtedy życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Nastia tylko oburza się na takie pytania: jak to? Wyrzec się Boga? To jakby wyrzec się samego siebie! Wtedy negocjuję: ale mnóstwo osób na pewno tak robiło. Podpisywali i dalej wierzyli. Wtedy oburza się jeszcze bardziej, macha ręką i mówi: pani nic nie rozumiesz.

Nasze pożegnania ciągną się do późna i są bardzo wzruszające. Chociaż przez całe spotkanie obie jesteśmy harde i twarde, to przy pożegnaniu nie dajemy rady. Zachowuję jej i nasze wspólne wspomnienia i fotografie, bo bardzo nie chcę, żeby Nastia i historia jej życia zostały zapomniane. Ją zaś czasami paraliżuje strach, że gdy umrze, pochowają ją jak bezdomną, byle jak, bez pogrzebu katolickiego, najtańszym kosztem, bez nazwiska. Bo kto się tym zajmie? Czy katolicka parafia prowadzona w Duszanbe przez Argentyńczyków o niej nie zapomni? Mam nadzieję, że nie. Tak jak ona o kościele nie zapomniała przez tyle lat.

Ale na razie Nastia nie zaprząta sobie tym zbytnio głowy, nie myśli o emeryturze. Duchem jest nadal młoda, snuje plany na przyszłość. Jest szczęśliwa, jakby Sojusz i koszmar z nim związany skończył się wczoraj, a nie 22 lata temu. Jakby chciała nadrobić czas, który ZSRR jej zniszczył.

piątek, 7 czerwca 2013

Co robić w Duszanbe?

No tak, mogłam się spodziewać. 

Wchodzę na statystyki bloga i czego poszukują tutaj czytelnicy? Jak dotrzeć, skąd wziąć wizę, gdzie spać. Otrzymuję również e-maile od podróżników z podobnymi pytaniami. Nikogo nie interesuje sytuacja polityczna ani społeczno-gospodarcza ani nawet najbliższe wybory prezydenckie (!), ale rozumiem i naprzeciw potrzebom zamieszczam kolejną przydatną informację, a właściwie mapę. Mapę Duszanbe w google maps. Gdzie zjeść, gdzie spać, co porobić w wolnym czasie jeśli ma się dzień, dwa przerwy. Bo tyle wystarczy na to miasto, najlepiej od razu uderzać w góry albo na wieś:)